Piwkowski Mieczysław – występował dla królów, cesarzy i wodzów, czyli 55 lat z zespołem Mazowsze
Grał dla królewskich i cesarskich mości, tańczył przed wielkimi wodzami. Syn kowala i pokojówki z majątku w Gołębiu
Mietek orkiestra
- Królowa miała błękitną jak niebo sukienkę, a na niej lśniły rubiny. Tańczyła z gracją, nieźle nawet, cała była w uśmiechach. Mietek, czyli ja, chłopak z Gołębia nad Bugiem, przygrywał na akordeonie. Najpierw walca, potem... sam nie wiem kiedy zacząłem „U cioci na imieninach”. A Elżbieta II dalej tańczyła – pamięta Mieczysław Piwkowski (80 l.) z Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze. Był rok 1967. Mazowszacy gościli na dworze brytyjskiej królowej.
Dyskretne to było spotkanie, małą grupką weszli, „od kuchni”. Wizytę z monarchinią umówił Antoś Burman, redaktor naczelny „Wiadomości londyńskich”, utrzymujący bliskie relacje z dworem. Artyści z Mazowsza mieli wpaść do Pałacu Buckingham na kwadrans. Uczono ich etykiety; jak się kłaniać, co i kiedy mówić, także tego, że królowej nie całuje się w rękę.
- I co? Janek Gronkowski, nasz solista baletu, zapomniał się, z wrażenia pewno, i... cmok Elżbietę. Zamarłem. A ta objęła go, mówiąc: Ja wiem, że wy całujecie w rękę – zapamiętał Piwkowski. Tak samo jak to, że grał wtedy długo i najpiękniej jak potrafi. – Chciałem ją roztańcować, a w tany poszła w Jasiem właśnie. Miło było patrzeć.
Królewska wizyta przedłużyła się do godziny. W pamięci artysty rozsiadła się na całe życie.
Ciastowy rusza w świat
- Jestem Mietek, stachanowiec, muzyczny. Ale o tym później – zaczyna rozmowę nalewając kawę do porcelanowych filiżanek. Na stole srebrna zastawa, domowy piernik, w karafce pigwówka własnej roboty. Stylowe meble, na ścianach obrazy batalistyczne, na honorowym miejscu Piłsudski.
- Wychowałem się w majątku hrabiego, stąd takie pańskie trochę przyzwyczajenia – uprzedza moje pytanie „chłopak” z Gołębia. Mama Tatiana, z Prehoryłego, była pokojówką we dworze Eustachego Świeżawskiego. Ojciec Teofil – kowal, zdolny mechanik. Tam się poznali, tam mieszkali i służyli, przez 30 prawie lat.
- Ojciec doglądał gorzelni. Ta najprzedniejszy w Polsce dawała spirytus, o specyficznym słodkawym posmaku. Ależ by nalewki na takim dojrzewały... – mówi. – A dojrzewało w majątku trzech nas budrysów Piwkowskich. Mietek najmłodszy, po Felku i Staszku. Beztroskie to było dzieciństwo. Bawiłem się z Izią, hrabianką. Fajerki popychaliśmy po okolicy, urządzaliśmy wyścigi w brzozowej alei, łaziliśmy po drzewach i pagórkach. Aż do wybuchu wojny. Potem w 1943 r. podczas awantur UPA trzeba było uciekać. Najpierw do stryjków do Łaszczowa, stamtąd do Tomaszowa. Rymarska 7 – tam był nasz dom.
Mietek od dziecka zdradzał talent muzyczny (mama śpiewała pięknym sopranem, tata, mimo przytępionego słuchu, nieźle rzempolił na skrzypcach). Ale dopiero w Tomaszowie zaczął grać. Tu zarobił na pierwszy akordeon, jako ciastowy w piekarni. Potem Tadeusz Sygietyński (twórca Mazowsza i jego triumfów, razem z aktorką Mirą Zimińską) w ramach akcji „wyłapywania talentów chłopskich” zabrał go do zespołu. Po tym jak oniemiał z wrażenia, gdy podczas przesłuchań samouk zagrał własną kompozycję „Drobne liście”. Oniemieli też rodzice Mietka. Przecież miał być rzemieślnikiem, nie artystą. Ale pozwolili, by ruszył w świat. I ruszył, z drewnianą walizeczką, paroma jajkami i osełką masła. Był rok 1949.
Szałamaje i burczybasy
Chłopak od razu rzucił się do nauki, chłonął ją, jakby nadrabiał zaległości wojny. Grał na kontrabasie i fortepianie, ale też na klarnecie, saksofonie, klawesynie, klawikordzie... Szybko pojął tajniki gry na starych instrumentach m.in. na szałamajach (rodzaj klarnetu), cynkach (rogi ze skóry), pomortach (przodek oboju), góralskiej basmarynie, diabelskich skrzypcach (połączenie skrzypiec i perkusji), burczybasach (beczka po śledziach ze strunami z końskiego ogona). Słowem, stachanowiec muzyczny.
- Może dość, żartował Sygietyński, bo będziesz orkiestrą symfoniczną. I został, tyle że człowiekiem orkiestrą w Mazowszu (tak jest prezentowany, pierwszy po założycielach). Jego przygoda z zespołem trwała 55 lat, najdłużej ze wszystkich. Grał, tańczył (wykonywał najtrudniejsze akrobatyczne numery), śpiewał, komponował. Razem z Tadeuszem Sygietyńskim jeździli po Polsce i „zbierali” folklor – jak mawiali perły - by odkurzyć i opracować poszczególne regiony. Opoczyński, kurpiowski, góralski, kolejny... 39. By uchronić folklor przed zatraceniem i pokazać jego bogactwo.
I debiut (1959 r.), na deskach Teatru Polskiego w Warszawie. W loży honorowej Bolesław Bierut. Podobało się premierowi, bo po koncercie przyszedł za kulisy, gratulował Sygietyńskiemu, ściskał rękę artystom. Sukces! I Mazowsze ruszyło na podbój świata.
Stalin klaszcze
Debiut zagraniczny, co zrozumiałe za czasów PRL-u, musiał być w ZSRR.
- Sam bat’ko Stalin prosił nas do Moskwy – pamięta Mietek. – Zanim daliśmy występ w teatrze „Balszoj” zlustrowali każdego szczegółowo. Fotografowali nas i przesłuchiwali; pytali o poglądy, pochodzenie, rodzinę. Mówiłem, że ojciec służył w majątku, ale że dwór Ukraińcy złupili... przemilczałem.
Józefowi Wisarionowiczowi występ musiał się podobać. Zadowolenie wodza gwarantowało kolejne tournee po ZSRR i krajach bloku socjalistycznego. By tak było Tadeusz Sygietyński skomponował nawet utwór na cześć wodza: „Oj, kak stali zieljieny, tak i my u Stalina, docz’ki i syny”. Towarzysz Stalin uśmiechał się, oklaskiwał artystów, czasem wyraźnie rad kiwał ręką, osobiście każdemu gratulował.
- Właśnie zatriumfowała polska kultura, zachowana przez nasze babki w czasach zaborów – jaki byłem dumny.
Po trzech latach polskie władze zezwoliły na wyjazd zespołu na „żelazną kurtynę”. Najpierw Mazowsze zdobyło Paryż. Pan Mieczysław do dziś widzi jak podnosi się kurtyna, światła odbijają się od ich kostiumów (on w pierwszej parze) i rozbrzmiewają hymny Francji i Polski. Paryż to także wspomnienie spotkania z wybitnym kompozytorem Arturem Rubinsteinem, który przybył na występ mazowszaków ze Stanów Zjednoczonych. Płakał podczas ich występu, to była najlepsza krytyka. Specjalnie dla niego zespół zaśpiewał po hebrajsku „Rosa, Rosa, Rosa...”. Potem był Berlin, gdzie ekipa niemiecka nakręciła kolorowy (wtedy to było wydarzenie) o artystach, a w 1960 r. – wyjazd do Ameryki.
Mao, Kim i Tadziki
I pamiętna wyprawa do Japonii. Artystów witano deszczem drobniutkich kwiatów, które spadały na udekorowane szarfami i wieńcami samochody artystów. Były honory i występ przed cesarzem. Polską słynną „Kukułeczkę” razem z Mazowszem nucił potem cesarski dwór. A w tokijskim radiu ogłoszono, że zespół z kraju Chopina podbił serce jego cesarskiej mości.
A ponad trzymiesięczny pobyt w Chinach, to była bajka. Najpierw zespół blisko dwa tygodnie jechał pociągiem przez całą Rosję, Syberię, Mongolię do Pekinu. Kolejne dwa tygodnie dano artystom na zaaklimatyzowanie się (temperatura ok. 40 st. C, duża wilgotność powietrza). Dostali ochronę, która chodziła za nimi krok w krok (Polacy nadali chińskim stróżom polskie imiona: Gienek, Tadzik, Lutek, Bolek...). Zadebiutowali podczas obchodów 1-Majowych, dali występ na Placu Tiananmen, przed ludźmi pracy. Bisowali ponad godzinę. Potem drugi, wyjątkowy, koncert dla Mao Tse Tunga – w Zakazanym Mieście. Razem z zespołem chińskim i solowym wykonaniu (po chińsku) piosenki „W zielonym gaju”, śpiewanej przez Irenę Santor.
- Wódz przygotował dla nas ucztę, podchodził do każdego stolika, gratulował, składał autografy na swoim portrecie – dostaliśmy w prezencie – fotografował się na pamiątkę.
Szok – tak pan Mieczysław opisuje pobyt w Korei Północnej.
- Witały nas uczniowie ze szkół w jednakowych uniformach, potem zespoły, żołnierze. Wszystko jak na komendę – pamięta. - I sam Kim Ir Sen w teatrze jego imienia, obok pozłacanego może 20-metrowego posągu, przedstawiającego także jego. Wszystko pod eskortą. Na koniec wszyscy dostaliśmy w prezencie szwajcarskie zegarki. Długo mi służył.
Świniarzysko i oberek z królową
W pamięci pana Mietka ważne miejsce zajmuje spotkanie z holenderską królową Beatrix. Przybyła do Polski w 50. rocznicę powstania obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Odwiedziła też Krynice Górską, Warszawę i Gdańsk. Właśnie na gdańskiej starówce z akordeonem „wyrósł” nagle (poproszony po cichu przez konsula holenderskiego) pan Mietek z kilkoma kompanami z Mazowsza. Zagrali holenderskie ludowe piosenki.
- Ale się śmiała, czułem, że się jej podoba – opowiada.
Nie do śmiechu za to było Piwkowskiemu (i całemu zespołowi) po wizycie Leonida Breżniewa w Polsce. W drodze z lotniska miała mu zakoncertować grupka mazowszaków. Na akordeonie Mietek. Sam nie wie kiedy zaintonował, a artyści podchwycili: „I choć padało i było ślisko, to się przywlokło to świniarzysko”. I sekretarzowi KPZR pewnie nie przetłumaczono, ale do władz polskich się doniosło.
Zespół przez dwa lata nie mógł wyjeżdżać za granicę.
Wśród wyjątkowych występów jest też koncert dla Jana Pawła II, w Jerozolimie, czy Betlejem).
W ciągu 55 lat Mazowsze dało ponad 6 tys. koncertów w Polsce i w 49 krajach. Artyści przejechali blisko 2 mln km, występowali przed 16 mln widzów. Prawie we wszystkich uczestniczył Mietek z Gołębia.
Dziś jest na emeryturze (mieszka w warszawskich Michałowicach), ale wciąż tworzy dla Mazowsza.
- Nogi niosą jeszcze – mówi. – Niejedną królową porwałbym do oberka. Ale cóż... i zaczyna nucić ulubioną mazowszańską piosenkę:„Oj, minęły słodkie momenta”.
Jeśli znasz ludzi stąd (dziś rozsianych po Polsce i świecie) i uważasz, że ich historia powinna się znaleźć w Galerii Zamościan, powiedz nam o nich. Podaj do nich kontakt, podpowiedz gdzie go szukać? (kliknij)


















Proszę czekać...