Legieć Adam - chłopak z „mechanika” w Zamościu, teraz kapitan statku, który podbił Nową Zelandię

Legieć KASKADER POD JAPOŃSKĄ BANDERĄ

- Tylko szaleniec podejmie się tego zadania – mówiono o rejsie tankowcem do najodleglejszych platform wiertniczych na wodach Oceanu Antarktycznego. A on popłynął. Stanął za sterami japońskiego statku „Akama”. Polski kapitan... z Zamościa.
Rzecz o kapitanie Adamie Legieciu (48 l.), który dokonał wyczynu, jakiego nikt przed nim się nie podjął. O spektakularnym i bardzo niebezpiecznym rejsie tankowca pod dowództwem zamościanina usłyszał cały świat. Obszerne wywiady z Polakiem przeprowadzały stacje BBC oraz CNN, relacjonowały media nowozelandzkie i australijskie. Osobiście gratulowała Helen Clark, premier Nowej Zelandii. Informacja o kapitanie Adamie Legieciu dotarła także do redakcji „Tygodnika Zamojskiego”.


Żyd doniósł z dumą


O wyczynie zamościanina było głośno na świecie, ale nie w Polsce. Wprawdzie ten ryzykowny rejs zakończył się 16 sierpnia, my dowiedzieliśmy się miesiąc później.
Do redakcji „TZ” przyszedł list, z miasta Brisbane w Australii.
„Jestem starym polskim Żydem, któren wyjechał z naszego kraju w 1968 r., jako młody chłopak. Urodzony jestem w Izbicy, to takie małe miasteczko koło Zamościa – rozpoczyna Joseph Werner Ashebohn. „Dzieci mam porozrzucane wszędzie po całym świecie. Jeden syn mieszka w Nowej Zelandii, jest tam robotnikiem kompanii naftowej. Od niego to dostałem wiadomość, co mnie i moich wszystkich tutaj znajomych Polaków tak bardzo poruszyła i ucieszyła”.
Pan Joseph pisał dalej, że syn jego o wyczynie krajana z Zamościa opowiadał z wielkim podziwem. Powtarzał słowa mieszkańców całej Nowej Zelandii.
Adam Legieć dotychczas pływał pod brytyjską banderą. Niedawno zmienił armatora – na japońskiego . To był jego pierwszy rejs dla Japończyków (wzięli go ze względu na umiejętności i doświadczenie na tankowcach). 

Tam gdzie foki i wieloryby

Kapitan dowodził tankowcem „Akama”. Podjął się bardzo ryzykownej misji (Nowozelandczycy i Japończycy długo szukali kapitana, gotowego do tego zadania). Poprowadził statek do platformy wiertniczej położonej w bardzo niebezpiecznym rejonie Oceanu Antarktycznego. „Ta wieża jest już najdalej położona na południe, daleko od brzegów lądu, tam już tylko wieloryby i foki” – pisze stary Żyd z Izbicy. Teraz panuje tam środek surowej zimy. Pogoda podła, silne wichury (rejs trwał gdy wiał wiatr z prędkością 100 km na godz.) i spowodowany silnymi prądami morskimi sztorm, podczas którego fale sięgają 5-6 m. wysokości. Dotychczas nikt nigdy nie podpłynął w te rejony tankowcem.
„ A ten polski kapitan podprowadził swój statek na dystans 40 m od wieży i załadował na full ropa naftowa” – czytamy w liście z Australii. „On musi być mistrzem nad mistrze, bo że bardzo odważny i doświadczony, to byłoby za mało. Mógł to zrobić geniusz morski (...). Aż mi łzy w oczach stały i wcale się  nie wstydzę tego płaczu, bo to z radości i dumy”.
I podkreśla, że ten polski kapitan z Zamościa pokazał tamtym i światu, że można to zrobić, do tego potężnym taknowcem (wcześniej czyniły to jedynie małe statki specjalistyczne).

Ojciec i syn - wilki morskie

Całą akcję transmitowała na żywo telewizja Nowej Zelandii, jej przebieg śledziła z uwagą premier Helen Clark. Szefowa rządu potem osobiście dziękowała i gratulowała Polakowi roboty. Posypały się gratulacje od dyrektora generalnego japońskiego armatora i szefów kompanii naftowych Nowej Zelandii i Australii.
Rodzina kapitana o niczym nie wiedziała.
Zadzwonił gdy było już po wszystkim. Pytał czy wiemy o jego wyprawie. Skąd? Dopiero trochę opowiedział – mówi Urszula Legieć, żona kapitana. - Było ciężko. W tym rejonie siadają radary, zawodzi GPS, szwankują komputery, potrzebne są niezwykłe umiejętności, wyczucie i szczęście. Adam je miał. Powiedział tylko, że nagrał film z akcji. Obejrzycie – osiwiejecie.
Pani Urszula opowiada jeszcze, że małżonek mocno podkreślał w wywiadach skąd pochodzi. 
- Mówił, że jest wilkiem morskim z uroczego miasteczka na wschodzie Polski. Renesansowego Zamościa. A co? Niech wiedzą, że Polacy potrafią – cieszył się Adam, a ja razem z nim – z dumą opowiada jego żona. - I dodał, że to nie do końca jego sukces. Ma świetną załogę, Chorwatów, Serbów i Filipińczyków. To wspólny wyczyn.  
 - Tata zawsze zaskakuje. Nie chce, żebyśmy się martwili. To standard. Zresztą tata lubi wyzwania i ryzyko  – dodaje Ismena, córka kapitana.
Nie tylko on, bo jego syn Wojtek, obecnie student czwartego roku Akademii Morskiej w Gdyni, także pływa na gazowcach. Właśnie jest w rejsie w okolicach Japonii i Kataru.

Przyjaciel z tej samej ziemi

O rejsie „Akamy” rozpisały się nowozelandzkie gazety. Kopię jednego  z artykułów dostaliśmy razem z listem od pana Josepha.
Izbicki Żyd postanowił odwiedzić dzielnego kapitana z Polski. Gdy dowiedział się, że jest jego krajanem był „przeszczęśliwy”.
- Mąż opowiadał, że na statku pojawił starszy pan. Chciał koniecznie rozmawiać z kapitanem – mówi Urszula Legieć. Teraz się zaprzyjaźnili. Ten Żyd odwiedza męża, gdy tylko zawiną do Brisbone. Spotyka się też z załogą.
„Te wszystkie Filipińczyki, co tworzą załogę, patrzą i wierzą kapitanowi bardziej niż jakiemuś Bogu” - ocenia pan Joseph. I mocno podkreśla, że swoją radością i dumą chce się podzielić ze wszystkimi w Zamościu. Za pośrednictwem „TZ”, który wpadł mu w ręce, gdy był u sąsiada-Polaka, rodem z Hrubieszowa (rodzina przysyła mu polskie gazety, także „TZ”). Chciał znaleźć kontakty przed placówki dyplomatyczne, ale – jak napisał - „nasza ambasada i konsulat nie maja głowy do kontaktu z Polonią”.
Na zakończenie listu Joseph Werner Ashebohn dodał: „Chwalę się przed wszystkimi znajomymi tym, że ten polski kapitan pan Adam Legieć jest z tego samego kraju i z tej samej ziemi co ja!”.


Ocenia kapitan Zdzisław Wyszyński, zamościak, dowodzący m.in. statkiem „Ziemia Zamojska”.

Prawie kaskader

Zadziwia już sam fakt, że Japończycy powierzyli dowództwo nad swoim statkiem kapitanowi z innego kraju. Musieli mieć o nim i o jego umiejętnościach bardzo dobrą opinię. To bardzo wymagający i bezwzględny armator, który zatrudnia tylko profesjonalistów najwyższej klasy. Rejs kapitana z Zamościa to bezwzględny wyczyn, prawie kaskaderski. Wody u wybrzeży Nowej Zelandii to dla marynarzy jeden z najniebezpieczniejszych rejonów świata, zwłaszcza pod względem nawigacyjnym. Tu dochodzi do częstych kolizji i awarii statków. Są też, nierzadko, przypadki zatonięć jednostek. Tu ścierają się bardzo silne prądy oceaniczne, występują silne wichury i wysokie sztormowe fale. Tam w tej chwili jest środek zimy. Te warunki i ta pora sprawiają, że prowadzenie małego statku jest ogromnym ryzykiem. A jeśli udało się to z potężnym tankowcem, to mistrzostwo świata. Dodam jeszcze, że samo dowodzenie tankowcami jest juz niebezpieczne, to pływająca bomba. Tym większe uznanie dla naszego rodaka.         




Jeśli znasz ludzi stąd (dziś rozsianych po Polsce i świecie) i uważasz, że ich historia powinna się znaleźć w Galerii Zamościan, powiedz nam o nich. Podaj do nich kontakt, podpowiedz gdzie go szukać? (kliknij)



Ogłoszenia

Pogoda

  • Środa: Temperatura jeszcze wzrośnie. W dzień będzie 28 st. C, w nocy 15 st. C. Niebo bezchmurne.
    Środa
  • Czwartek: Pogoda załamie się. Temperatura obniży się do 17 st. w dzień. Noc nadal dość ciepła - 15 st. C. Zachmurzenie duże. Będzie padać.
    Czwartek

Newsy filmowe

więcej filmów

Kalendarz: co, gdzie, kiedy?

Ostatnie komentarze



Proszę czekać... Proszę czekać...