Dla małżeństwa z gminy Goraj wyjazd do Szwajcarii za chlebem nie należał do udanych
SKĄPY SZWAJCAR
Czytasz wydanie archiwalne Tygodnika Zamojskiego z 30 maja 2006. Zobacz najnowsze wydanie.
Spali w nie ogrzewanym pomieszczeniu, a na kolację dostawali resztki z obiadu, wymieszane z wodą lub mlekiem. Nie zarobili nawet połowy tego, co im początkowo obiecano. 42-letni Jan K., mieszkaniec gminy Goraj w ciągu ostatnich 20 lat często wyjeżdżał do pracy za granicę. Do tej pory zawsze do Niemiec, gdzie zatrudniał się do pracy w rolnictwie, budownictwie, a ostatnio w firmie zajmującej się projektowaniem i urządzaniem ogródków.
W tym roku Jan K. postanowił wybrać się do Szwajcarii. Pośredniczka z Biłgoraja zaproponowała mu legalną pracę w niewielkiej wiosce Diessbach. Pracodawca, właściciel 5 ha szklarni i sieci sklepów, potrzebował kierowcy i pracownika do szklarni. Jan K. uznał, że mógłby pracować jako kierowca, a żona w szklarni. Propozycja była kusząca, tym bardziej że z umowy o pracę, którą przedstawiła im pośredniczka, wynikało, że miesięcznie zarobią, na rękę, po 1400 franków szwajcarskich, czyli po ok. 3,5 tys. zł. Na miejscu mieli mieć zapewnione mieszkanie i wyżywienie.
Małżonkowie zapłacili pośredniczce tysiąc złotych, postarali się o wizę, wynajęli opiekunkę do trójki dzieci i 1 kwietnia udali się własnym samochodem w podróż do Szwajcarii. Na miejscu byli już następnego dnia. Podczas pierwszej rozmowy z pracodawcą ustalili warunki płacy i pracy. Potwierdziło się to, o czym wcześniej mówiła im pośredniczka. 50-letni właściciel i jego 24-letni syn mieli przygotowaną dla nich umowę do podpisu. Wynikało z niej, że będą pracować tygodniowo po 55 godzin. Miesięcznie zarobią po 2930 CHF (brutto). Z tego pracodawca będzie im potrącał po 600 franków za wyżywienie i po 300 za mieszkanie. Poza tym musi ich ubezpieczyć i odprowadzić podatek. Ostatecznie na rękę mieli dostawać po ok. 1400 CHF. Pracę mieli mieć zapewnioną przez dziewięć miesięcy, z tym, że pierwszy miesiąc był okresem próbnym.
Czar prysnął
Małżeństwo zostało zakwaterowane w pomieszczeniu, w którym ściany nie były nawet otynkowane, nie było też żadnego ogrzewania. Razem z nimi do pracy w Diessbach przyjechało jeszcze ośmioro Polaków. Wszyscy mieszkali w takich samych warunkach i tyle samo mieli zarabiać.
3 kwietnia o godz. 7 rozpoczęli pracę. Jan K. rozwoził samochodem po hurtowniach i sklepach warzywa. Jego żona pracowała w szklarni przy papryce, pomidorach, sałacie i innych warzywach. Razem z nią pracowali pozostali Polacy. O godz. 8 właściciel zwoływał wszystkich pracowników na 15-minutowe śniadanie.
- Żona pracodawcy sama upiekła chleb. Każdy z 10 Polaków dostał po maleńkiej kromeczce, do tego ćwiartka masła i malutki słoiczek dżemu, który był rozcieńczony wodą i bardziej przypominał sok. Jak się potem okazało, taka ilość dżemu musiała wystarczyć na śniadania dla całej grupy przez trzy dni - mówi Jan K.
W kolejnych dniach jadłospis niewiele się zmienił. Przez miesiąc w 10 osób zjedli tylko kilogram sera szwajcarskiego, który kosztuje tam od 25 do 30 CHF. Kiełbasę dostali tylko raz, 10-centymetrowy kawałek musieli pokroić tak, by obdzielić wszystkich. Każdy dostał tylko po plasterku.
W ciągu dnia pracownicy mieli godzinną przerwę na odpoczynek i obiad. Posiłkiem najczęściej były ziemniaki puree lub makaron (po łyżce dla jednej osoby) wymieszane z mlekiem. Przez cały miesiąc tylko raz żona pracodawcy kupiła pół kilograma mięsa i ugotowała na obiad sos.
- Była to jakaś lura, w której trudno było doszukać się kawałka mięsa. Właścicielka polała tym ziemniaki puree i dołożyła po dwa listki sałaty. To było dla mnie żenujące tym bardziej, że sami uprawiali warzywa, mieli ich pełno, a ludziom żałowali - opowiada Jan K.
Na podwieczorek, o godz. 16 pracownicy otrzymywali znów małą kromkę chleba i kubek wody z kranu. Kolacja też nie była lepsza. Jedli resztki z obiadu, wymieszane z mlekiem lub wodą.
Małgorzata Pytkowska


















Proszę czekać...
Komentarze do artykułu: